niedziela, 21 czerwca 2020

Wojciech Tochman "Wściekły pies"


Jest moim idolem! Wojciech Tochman. Po lekturze "Wściekłego psa" nie mam już żadnych wątpliwości. Dziesięć reportaży - dziesięć pereł. Tym razem to nie są relacje z konfliktów domowych przerażających skalą ludobójstwa. To relacje z naszego polskiego podwórka. Dramaty pojedynczych, konkretnych ludzi przedstawione, jak to u Tochmana, w krótkich, żołnierskich zdaniach, które nie oceniają, ale pobudzają myślenie i nakazują refleksję.
Podczas lektury otwierającego zbiór reportażu "Mojżeszowy krzak" bolało mnie, czułem strach i swąd spalonych ciał. W następnych opowiadaniach spotykamy się ze zjawiskami: pedofilii, koszmarnej choroby, kidnapingu, życia bez tożsamości (zanik pamięci), wypadku drogowego, fałszywie pojętej religijności, ekspiacji księdza homoseksualisty i błąkamy się po zakamarkach duszy śp. Tomasza Beksińskiego.
To wszystko ociera się o Boga, poddaje w wątpliwość Jego istnienie, a może paradoksalnie Jego istnienie potwierdza. Jednocześnie autor ukazuje otoczenie ludzi znajdujących się w centrum tragedii, jej ofiar i najbliższych. Prezentuje płytkość ocen, miałkość opinii i podążanie owczym pędem za większością, ze strachu, konformistycznie dla wygody.

Książka porusza do głębi. Jest mądra mądrością życiową i dlatego powinno się ją przeczytać.

Ocena: 6

(Wydawnictwo Literackie; Kraków 2019; stron:204)

sobota, 20 czerwca 2020

Jo Nesbo "Krew na śniegu"


Ja mam chyba odwrotnie niż bohaterowie kultowego filmu "Rejs". W obrazie Marka Piwowskiego było tak:
"Nuda. Nic się nie dzieje proszę pana. Taka proszę pana ... dialogi niedobre. Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje."
No! U Nesbo może nie jest aż tak tragicznie, ale ja zdecydowanie wolę polskie kryminały. Na pewno w bezpośrednim starciu Chmielarz wygrywa ze światową gwiazdą skandynawskiego kryminału przez nokaut. Może zbyt dużo słów poświęcam, właściwie opowiadaniu "Krew na śniegu", ale naprawdę wszystko to już było. Płatny morderca wychowany w patologicznej rodzinie, geny ojca psychopaty, sam schizofrenik - dostaje zlecenie na zamordowanie kobiety, w której się zakochuje. Ta go zdradza, bo jest z gruntu zła, bo wszystkie kobiety są "złe, oprócz mojej i twojej matki" (że sparafrazuję cytat z Krolla - Pasikowskiego)

No nic!

Ocena: -3

(Wydawnictwo Dolnośląskie; Wrocław 2015; stron: 164)

Wojciech Chmielarz "Wyrwa"


Ten tom dzieł Wojciecha Chmielarza oceniam najwyżej. Lubię autora, ale dotychczas rozczarowywał mnie zakończeniami. Tutaj było dobrze, zaskakująco, ale bez przesady. Trzeba przyznać młodemu twórcy kryminałów, że potrafi obserwować, umie tworzyć aurę, klimat. Kreuje postaci, które darzy się sympatią, albo które nas przerażają.
Tytułowa "wyrwa" to stan uczuć, kompleks odczuć psychicznych po nagłej stracie ukochanej kobiety: matki, żony, przyjaciółki, kochanki. Szczerze pisząc, to autor w tak dobry, prawie mistrzowski sposób, odmalował owe uczucia na początki swojego dzieła, że żałowałem, że docelowo ten kryminał nie pozostał powieścią. Byłaby naprawdę niezła.
Może warto się nad tym zastanowić panie Wojciechu i stworzyć coś mniej komercyjnego, ale za to mającego ponadczasową wartość?

Ocena: 6

(Wydawnictwo Marginesy; Warszawa 2020; stron: 383)

Ken Follett "Niebezpieczna fortuna"


Z Kenem sprawa będzie dosyć prosta. Kojarzyłem autora z powieściami typu: "Igła", Klucz do Rebeki", "Zabójcza pamięć" i ... stąd chyba moje początkowe rozczarowanie. "Niebezpieczna fortuna" to beletrystyka historyczna. Z dużą pieczołowitością autor przenosi nas do XIX- to wiecznego Londynu i przedstawia życiowe perypetie, miłości i intrygi grupy kolegów wywodzących się z Windfield School. Obracamy się głównie w wyższych sferach londyńskiej socjety. Momentami powieść mnie irytowała takim pensjonarskim zadęciem. Dla prostego chłopa trochę za dużo knucia, ale ... po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że zapewne takie było wówczas życie. Od momentu, kiedy podszedłem do lektury, jak do swoistego reportażu ze środowiska bankierów londyńskiego City, znów mnie wciągnęło. Podobne "przygody" miałem z "Oliverem Twistem".
Jak widać: falowało.
Myślę jednak, że Follettowi przydarzyło się kilka lepszych książek, dlatego szczególnie nie polecam.

Ocena: -4

(Wydawnictwo Albatros; Warszawa - Moravia Books Czechy 2018; stron: 607)

niedziela, 7 czerwca 2020

Eustachy Rylski "Blask"



"Pomysł, by stanąć po stronie przegranych, po stronie tych, którzy po niespodziewanej zmianie systemu znaleźli się po niewłaściwej stronie rzeczywistości, by wyostrzyć roszczenia roszczących, frustracje sfrustrowanych, nienawiść nienawidzących, nobilitować niedołęstwo, gnuśność, uzasadnioną lub nieuzasadnioną bezradność, taki pomysł miało wielu przed nimi, obok nich, a nawet po nich."

Hmm...
Jeśli od siebie dodam, że jest to political fiction, to inteligentny czytelnik już wie do czego i kogo odnosi się powyższy cytat.
Powieść, jak zwykle u Rylskiego, nie jest łatwa. Poznaczyłem ją mnóstwem fiszek i podkreśleń, które wskazują błyskotliwe aluzje do obecnie nam panujących.

Właśnie! Aluzje! Za czasów PRL, kto pamięta, ten wie, że tak zwane "mruganie okiem" do publiczności było polską normą i fenomenem zarazem. Tylko Polak mógł pękać ze śmiechu na występie Janusza Gajosa, czy kabaretu TEY. Cudzoziemiec siedziałby jak mumia, nie wiedząc o co chodzi. Jednak jest istotna różnica pomiędzy "mruganiem" anty-systemowego performera , a "mruganiem" Eustachego Rylskiego. Drzewiej, ze śmiechu ryczała cała sala: Polak - katolik, Polak - ateista, opozycjonista, szef podstawowej organizacji partyjnej, a czasem również przebywający na sali służbowo - cenzor. Wróg był jeden, wspólny, zewnętrzny. Teraz, po pierwsze nikt się nie śmieje, a po drugie - przynajmniej połowa społeczeństwa nie rozumie przekazu. I to jest straszne. I o tym w sumie jest ta książka. I to właśnie ... nie (!) nie denerwuje, ale WKURWIA twórcę "Blasku".

Książka jest wydana w 2018 roku, a przecież właśnie teraz, anno Domini 2020 widać, jak bardzo "wyostrzono frustracje sfrustrowanych i nienawiść nienawidzących"

Żaden system zbudowany na złu i obłudzie długo nie przetrwał (relatywnie przynajmniej). Tylko po co nam te straty? Po co ta złość? Po co przegrane lata?
Głupota! Na szczęście jest "Blask"

Ocena: 6

(Wydawnictwo Wielka Litera; Warszawa 2018; stron: 375)

poniedziałek, 11 maja 2020

Arturo Perez - Reverte "Ostatnia bitwa templariusza"


To nie było moje pierwsze spotkanie z Arturo. Czytałem wcześniej:
  • "Mężczyzna, który tańczył tango"
  • "Batalista"
  • "Terytorium Komanczów"
Polecam, i chcę zaznaczyć, że za każdym razem autor zachwycał mnie pięknym językiem, nietuzinkową erudycją, szczególarstwem, czy to dotyczącym tańca, czy szachów, czy wreszcie malarstwa i fotografii. Tym razem, może mnie nie zawiódł, ale zdziwił jakby innym stylem. W mojej ocenie, to styl gorszy. Znowu jest dużo szczegółowych rozważań, ale większość jałowych, znowu jest dużo opisów (tym razem zagłębiamy się w Sewillę), ale mniej praktycznych. Obok intrygi kryminalnej, mamy dywagacje moralne ludzi kościoła i to w szerokim spektrum: od roli księdza wobec wiernych, poprzez kontrowersje wokół celibatu, aż do prezentacji przedstawicieli kleru na różnych szczeblach hierarchii. I to wszystko, co wyżej, brzmi dosyć poważnie, dlatego nie wiem, czemu kontrapunktem, tłem, towarzystwem dla takich rozważań jest szajka podstarzałych opryszków, nieudolnych i śmiesznych jak telewizyjny Gang Olsena. Nie wiem. Nie zrozumiałem być może przesłania. Może to wszystko miało służyć ukazaniu małości, hipokryzji kościoła hierarchicznego wobec sytuacji, gdy w grę wchodzą duże pieniądze? 
Dobrze, że to moja kolejna książka Reverte, bo inaczej po następną raczej bym nie sięgnął.

Ocena: -4

(Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA SA; Warszawa 2011; stron 485)

niedziela, 3 maja 2020

Charles Dickens "Oliver Twist"

Powiedzmy sobie szczerze! Gdyby nie czas kwarantanny i bardzo, bardzo długi okres oczekiwania na zamówione książki, zapewne nie wziąłbym do ręki tej zaległej lektury. Dodajmy jeszcze masę czasu, który przymusowe postojowe daje na czytanie. W normalnym kieracie pracy - nie przebrnąłbym przez ten klasyk. Początkowo podszedłem do "Olivera...", jak do XIX wiecznego reportażu z ówczesnego Londynu. Przecież również z bezpruderyjnego przedstawiania świata Dickens jest znany. Owo badawcze podejście oraz wyrozumiałość dla okoliczności czasu, miejsca, postaci i poglądów w historii, pozwoliły mi dotrwać do końca. Dopóki autor przedstawiał w miarę naturalistyczny sposób losy państwowej sieroty i obłudę otaczających ją instytucji i urzędników, wszystko było w porządku. Z chwilą jednak, gdy Charles podjął próbę budowania intrygi romansowo- klasowej, zaczęło robić się słabo. W moich oczach (podkreślam! współczesnego czytelnika), angielski mistrz dużo stracił poprzez swój jawny antysemityzm i przede wszystkim przez naiwny (być może świadomy, służący pokrzepieniu serc) stosunek do małego bohatera, który wyraża się w założeniu, że instynkty DZIECKA INSTYTUCJI mogą zostać zagłuszone, (ba!) wyeliminowane poprzez szlachetne pochodzenie i tak zwane dobre serce.
Wartościowe czytadło ze względu na wartość poznawczo- historyczną, w sensie, : Jak się drzewiej żyło?

Ocena: Osobiście nie katowałbym dziatwy przymusem czytania.

(Wydawnictwo Świat Książki; Warszawa 2005; stron: 532)