niedziela, 26 sierpnia 2018

Elena Ferrante "Genialna przyjaciółka"



Postać Eleny Ferrante co jakiś czas wpadała mi w oko lub w ucho, nigdy jednak nie zaintrygowała mnie na tyle, żeby sięgnąć po jej książki. Aura tajemnicy, jaką wokół siebie roztacza, jest dla mnie nie do końca potrzebnym chwytem reklamowym, który raczej odstrasza niż zachęca, przynajmniej mnie. Również o samych książkach zdarzyło mi się czytać skrajne wręcz opinie, w końcu więc postanowiłam wyrobić sobie własną, sięgając po "Genialną przyjaciółkę".
Jest to pierwsza  z czterech części, opowiadająca o życiu dwóch przyjaciółek z Neapolu lat 50. ubiegłego wieku. Cała książka rozpoczyna się dość zagadkowo, kiedy jedna z kobiet odkrywa, że jej towarzyszka zniknęła, wymazując praktycznie wszystkie ślady swojego istnienia na ziemi. Dalsza część opowieści to już retrospekcja. W trakcie lektury przenosimy się kilkadziesiąt lat wstecz śledząc losy głównych bohaterek w czasie, kiedy były małymi dziewczynkami i nastolatkami. Książkę czyta się całkiem przyjemnie, choć zdecydowanie nie rzuca na kolana. Smaku dodaje z całą pewnością tło, na którym rozgrywają się wszystkie wydarzenia- ogólnie panująca bieda, zacofanie i stosunki społeczne pełne męskiej agresji, która przez wszystkich dookoła jest usprawiedliwiana i traktowana jak coś normalnego. Choć książka nie zachwyciła mnie jakoś szczególnie (najlepszym dowodem na to jest fakt, że w trakcie czytania zupełnie zapomniałam o tym, że powinnam zastanawiać się co stało się z zaginioną przyjaciółką i po prostu śledziłam losy dziewczynek) uważam, że jest całkiem zgrabną, wakacyjną lekturą, po którą można sięgnąć gdy mamy ochotę na coś niezobowiązującego. Całkiem możliwe nawet, że w wolnej chwili zdecyduję się przeczytać kolejną część by poznać dalsze losy tajemniczej Lili.

Ocena: 4

(Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2016, stron 475)

piątek, 24 sierpnia 2018

Jakub Żulczyk "Zrób mi jakąś krzywdę"

Ponownie odniosę się do cytatu ze "Wzgórza Psów": "Wszystko, co kiedykolwiek napiszesz, już masz w głowie". Można polemizować, można się nie zgadzać, ale takie słowa wypowiedziane piórem pana Jakuba, należy uznać za dogmat. Z grubsza policzyłem i wyszło mi, że w momencie debiutu, czyli publikacji opisywanej książki - autor miał 23 lata. On musiał (grzebiąc w nieznanym mi jego życiorysie), przez kilka wcześniejszych lat: sporo czytać, obejrzeć mnóstwo filmów, chłonąć muzykę, strawić niemało czasu przy wszelakich konsolach i dżojstikach, a to wszystko doprawić płynami monitorującymi organizm i "halunami" ubarwiającymi. On musiał. Inaczej by tego nie napisał. Ja też kiedyś musiałem, dlatego świetnie się rozumiemy. Choć z racji wieku ominął mnie wirtualny świat Nintendo. 
Jakub Żulczyk zapewne bywał "na domkach", dmuchanych materacach w krokodyle i festiwalach rockowych. On to już ma w głowie.
W pewnym momencie lektury, jako starszy kolega w przeżywaniu czasów burzy i buntu, pomyślałem: Ej koleś! Dramatyzujesz! Ale nie. Wiek pryszcza i jego schyłku ma swoje prawa. Uwierzcie mi. Sprawdziłem w swoim (okropne słowo: pamiętniku) z 1989 roku. Byłem taki  mądry i taki durny. Dziękuję panie Jakubie.

Ocena: 5

(Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2018, stron 262)

niedziela, 19 sierpnia 2018

Michael Dobbs "Wojna Winstona"

Autor, niegdyś szef gabinetu politycznego Margaret Thatcher, zna się na rzeczy, znaczy na polityce, i to z pewnością o wiele lepiej niż statystyczny Polak. Udowodnił to w swojej kultowej już trylogii "House of Cards". Nigdy nie wątpiłem, że polityka ma coś wspólnego z moralnością, ale Dobbs dobił we mnie resztki płonnych nadziei, obnażając całkowicie mój ulubiony brytyjski system parlamentarny. Wszędzie jest tak samo, a gdzieniegdzie jeszcze gorzej, nie oszukujmy się! No i nie lepiej było na początku II wojny światowej.
"Wojna. Trwa już miesiąc. Już skąpała się we krwi. To nie jedyny jubileusz: minęło dwanaście miesięcy od dnia, w którym Chamberlainowi salutowała gwardia honorowa SS, młode bawarskie kobiety płakały z radości przed jego hotelem, a on zawierał pakt z Hitlerem. Dwanaście miesięcy porażek, oszustw, szaleństwa śmierci, gdy wojenna machina Hitlera maszeruje, nie napotykając żadnego oporu, a rząd w Londynie ze wstydem zasłania twarz" (s. 329)
W ogóle, sądzę, że tytuł tego dzieła powinien brzmieć nie "Wojna Winstona", lecz "Blamaż Neville'a". To historia upadku brytyjskiego premiera, który swoje ambicje, przywództwo, poczucie władzy - przedkładał nad dobro narodu, w konsekwencji milionów ludzi, Europy i świata. Winston w tej księdze pełni rolę barwnego kontrastu.
Przekonanie o własnej nieomylności jest straszne. Znam kilku takich ludzi osobiście, a kilku z mediów. Naprawdę, bywają groźni! Taki też był Chamberlain. Na szczęście angielska demokracja, w ostatniej chwili, nie bez odrobiny szczęścia, zadziałała - Churchill został premierem i Anglosasi zwyciężyli. W historii świata zostało zapisane. Obiektywnie. Warto jednak pamiętać, że historię piszą zwycięzcy, a to co piszą chwilowi uzurpatorzy - to propaganda.
Ostatnie zdanie z opowieści Dobbs'a: "I nikt już nie wierzy w to, co piszą gazety".
Nie wiem czy nikt. Ja, na pewno nie.

Ocena: 5

(Wydawnictwo ZNAK litera nova, Kraków 2017, stron 552)

czwartek, 9 sierpnia 2018

John Maxwell Coetzee "Lata szkolne Jezusa"

To moja pierwsza książka noblisty z 2003 roku. Trochę się zastrzegam, bo być może nie do końca właściwie zrozumiałem jej przesłanie. Jedno jest pewne. Pochłonęła mnie całkowicie. Czytając ją, czułem się jakbym stał tuż obok jej bohaterów i przysłuchiwał się ich rozmowom. Wszedłem w tamten świat, na pozór zwyczajny, wśród tuzinkowych postaci, a jednak magiczny. Pełno w nim metafor, tak to odczytuję, począwszy od tytułu, poprzez wątki obyczajowe, na kwestii rozumienia świata skończywszy. Książka mówi o zawiłych kwestiach moralnych prostym, codziennym językiem, często językiem sześcioletniego chłopca. Może stąd ten tytułowy Jezus? A może nie? Sami oceńcie. Naprawdę, naprawdę warto.

Ocena: 6

(Wydawnictwo Znak, Kraków 2018, stron 302)

niedziela, 5 sierpnia 2018

Carlos Ruiz Zafon "Więzień nieba"


"Więzień nieba" to ostatnia przeczytana przeze mnie pozycja z cyklu "Cmentarza Zapomnianych Książek", i moim zdaniem... najsłabsza. Wprawdzie, jak każdą książkę Zafona czytało się  ją przyjemnie, pozostał jednak pewien niedosyt. Może wynika to z faktu braku chronologii w moim zapoznawaniu się z poszczególnymi częściami opowieści, dla mnie jednak "Więzień..." to jedynie prolog "Labiryntu Duchów", który zachwycił mnie i wciągnął o wiele bardziej. Podobna sytuacja miała jednak miejsce w przypadku dwóch pierwszych części, które również czytałam w odwrotnej kolejności i wówczas miałam wręcz wrażenie, że cała historia zyskała na tym zupełnie niezamierzonym przeze mnie zabiegu. Tutaj natomiast nie dowiedziałam się praktycznie niczego, czego nie wiedziałabym już po przeczytaniu ostatniej części, zabrakło mi trochę intrygi i tajemnicy, która nie pozwała odłożyć książki na nocną szafkę mimo później pory. A może winien jest fakt, że Fermin, o którym w głównej mierze opowiada ta część cyklu, nie jest moim ulubionym bohaterem sagi o rodzie Sempere. Trudno orzec, w każdym razie mój apetyt zaostrzony "Labiryntem Duchów" nie został do końca zaspokojony. Niemniej, każdy kto jest fanem mrocznej i zamglonej Barcelony, którą roztacza przed nami w swoich opowieściach Carlos Ruiz Zafon powinien sięgnąć również po tę pozycję. Mimo lekkiego zawodu bowiem  po przewróceniu ostatniej strony, jest to mimo wszystko lektura, której warto poświęcić te kilka czytelniczych wieczorów.

Ocena: 4,5

(Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, Warszawa 2018, stron 411)

sobota, 4 sierpnia 2018

Marcin Wicha "Rzeczy, których nie wyrzuciłem"

Dzieło: Lydia Flem "Jak likwidowałam dom moich rodziców" Warszawa 2005, to jedna z książek, która pozostała Marcinowi Wisze po ... śmierci matki. Choć nie znam tej pozycji, już sam tytuł mówi, że mogła być ona inspiracją dla autora opisywanej książki.
Jak? Po co? Makabryczny poradnik!? - ciśnie się na usta. Lecz po krótkiej refleksji, zastanowieniu, człowiek zdaje sobie sprawę, że prędzej, czy później to go czeka. Kiedyś będzie to wszystko przeglądał, pakował, wyrzucał... Dla mnie praca pana Wichy jest wzruszająco piękna. On to już zrobił... ze smutkiem, zastanowieniem. Dokonał wspaniałej, bez taniego sentymentalizmu, prezentacji życia swojej mamy. Pożegnał JĄ.
Moja mama (niech żyje sto lat!), wręczyła mi tę pozycję tuż przed wakacjami, wraz z komunikatem - "przeczytaj". Wypowiedziała to w ten sposób, że nawet nie zaglądając do środka, wiedziałem, że muszę. Jestem jej wdzięczny. Swoiste "Memento Mori". Przy okazji warto też zastanowić się nad sobą. Własną spuścizną.

Ocena: 5

(Wydawnictwo Karakter, Kraków 2017; stron 183)