niedziela, 12 kwietnia 2020

Umberto Eco "Temat na pierwszą stronę"

Książka w książce traktująca o dziennikarstwie. Już sama formuła jest wyrafinowana, podobnie jak język - elementy właściwe dla znanego intelektualisty - profesora Umberto Eco. Z pozoru treść już się zdezaktualizowała, boć to Mediolan anno Domini 1992. Rzecz o ówczesnym projekcie dziennikarskim - typu pre- gazeta (papierowa!) traktującym o lokalnych włoskich/ mediolańskich wydarzeniach. Przedstawione elementy najnowszej historii Italii mogą interesować tylko Włocha, ale... Ale okazuje się, że mechanizmy rządzące szeroko pojętymi mediami są niezmienne, a tajne służby były, są i będą ... i będą cichutko wpływać na losy świata. Uczta dla koneserów.

ocena: +4

(Wydawnictwo Noir Sur Blanc; Warszawa 2015; stron: 178)

wtorek, 7 kwietnia 2020

Margaret Atwood "Testamenty"

No cóż... Kiedyś już pisałem, że jeżeli chodzi o prezentację utopijnego totalitaryzmu, to nikt nie przeskoczy George Orwella. Margaret nie miała szans i mam wrażenie, że nawet nie za bardzo się starała. O ile "Opowieść Podręcznej" była w jakimś sensie nowatorska, o tyle "Testamenty" zdają się być pisane na publiczne zamówienie. Powrót do tematu po 30 latach i sukcesie serialu TV raczej nie pozostawiają wątpliwości, tym bardziej, że omawiana książka jest praktycznie gotowym scenariuszem. Niemniej, czyta się dobrze, wciąga, ale nie pozostawia niezatartego wrażenia, jak to miało miejsce w przypadku pierwszej części.
Jak rozwalić system? jednostka walczy przeciw kolosowi na glinianych nogach. Zgadnijcie kto wygrał?

Ocena: 4

(Wydawnictwo Wielka Litera; Warszawa 2020; stron 456)

czwartek, 2 kwietnia 2020

Wojciech Tochman "Jakbyś kamień jadła"

"Mężczyzn nie ma. Tutejsi mężczyźni boją się, że ktoś (ofiara, która przeżyła) ich rozpozna i doniesie prokuratorom Międzynarodowego Trybunału: że tutaj są ci, którzy grali w nogę muzułmańskimi czaszkami, albo ci, co zmuszali muzułmańskich mężczyzn do odgryzania jąder innym muzułmańskim mężczyznom."

Kiedy przeczytałem powyższy fragment zdarzyły się dwie rzeczy, dwie myśli mnie dopadły. Pierwsza, to obraz Artura Żmijewskiego z "Psów II - Ostatnia krew", który uśmiechając się unosi tryumfalnie dwie odcięte ludzkie głowy. Druga, to osobiste reminiscencje z końca czerwca 1992 roku. Byłem wtedy świeżo upieczonym maturzystą. Słońce świeciło, zmieniał się ustrój, lało się piwo, życie piękne się zaczynało... Tymczasem tam, w Srebrenicy i okolicach życie umarło, nastało piekło niewyobrażalne. I uświadomiłem sobie jak powierzchownie, bez refleksji odbierałem wtedy ówczesne wydarzenia, które działy się tuż obok w Europie. Jeszcze niedawno pisałem pracę maturalną z literatury współczesnej o totalitaryzmach posługując się cytatami z literatury obozowej... jeszcze niedawno przeżywałem mocno wydarzenia rumuńskie po obaleniu dyktatury Ceausescu... Jeszcze niedawno organizowałem z koleżeństwem z liceum zbiórkę pieniędzy na pomoc Litwinom... A Bałkany? Bałkany jakoś..., no nie znajduję innego słowa..., umknęły mi... Teraz już wiem, że male egoizmy i egocentryzmy wygrały, Młodość, śliczne dziewczęta, wino owocowe. Dopiero Wojciech Tochman mi przypomniał, uświadomił. Zrobił to brutalnie, w krótkich reporterskich słowach. Powalił mnie, zawstydził i sprawił, że na pewno nie zapomnę. Tochman krzyczał o Armagedonie na terenach byłej Jugosławii już w 2001 roku. Do mnie dotarło dopiero teraz...
A opowieść Jasnej pozostanie ze mną na zawsze.

Ocena: 6

(Wydawnictwo Literackie; Kraków 2018; stron:148)

środa, 1 kwietnia 2020

Edward Cygan "Boga waszego tu nie ma" - Wspomnienia z obozów hitlerowskich

Krótko, zwięźle, dosadnie i ... nietypowo...
Informacja z ostatniej, 220 strony książki:
Druk: Mała Poligrafia Redemptorystów w Tuchowie. 
Nakład: 1000 egzemplarzy
Tymczasem wszystkie "akuszerki, tatuażyści, piekarze", itp., itd. "z Auschwitz" są wydawane w dziesiątkach tysięcy sztuk. Gówno wart, komercyjny chłam!!!

Tu mamy do czynienia z białym krukiem, z PRAWDĄ!
Czytasz i płaczesz. Czytasz i Cię boli. Czujesz smród i obrzydzenie. Edward Cygan tam był. Był w Auschwitz, Neuengamme i Dachau. Był tam przez pięć lat! (1940-1945).
Jeżeli więc w dzisiejszej "modzie na literaturę obozową" jest choćby odrobina mądrej refleksji, to w tej właśnie książce poszukujący znajdą fakty, a autor doczeka się choćby krótkiej wzmianki w Wikipedii.
Wspomnień się nie recenzuje...

poniedziałek, 30 marca 2020

Rupert Isaacson "Opowieść ojca" - Przez mongolskie stepy w poszukiwaniu cudu

Będę brutalny, ale oceniam tę książkę jako zimno patrzący na zagadnienie fachowiec. Przede wszystkim jest owa praca (sprawozdanie? reportaż?) pełna sprzeczności. W tytule czytamy o poszukiwaniu cudu, w trakcie lektury o tym, że autyzm to nie choroba lecz stan (i słusznie!), a w zakończeniu słyszymy: "Czy "wyleczenie" jest zbyt mocnym słowem? Być może "uzdrowienie" byłoby lepsze? Otrzymał (dzieciak) zdrowie, nie lekarstwo. Rowan wciąż jest autystykiem." ........
Czegoś, co nie jest chorobą nie da się wyleczyć. Żeby być sprawiedliwym, autor-ojciec w pełni zdaje sobie sprawę z owych sprzeczności i niekonsekwencji. Jest mądrym i kochającym rodzicem. Wie, że się miota, wie, że popada ze skrajności w skrajność, boi się bo wie, że po chwilowej poprawie, przebłysku "normalności" może nastąpić katastrofalny regres, który potrafi opiekunowi dziecka z autyzmem odebrać resztki sił. Isaacson, wraz z żoną Kristin i synem Rowanem przeprowadzili wielki eksperyment. Rupert go udokumentował. Hipoteza brzmiała: Umysłowość, odczucia autystyka współgrają z przyrodą, naturalną duchowością (tu pojawiają się mongolscy szamani). Elementem doświadczenia była hipoterapia w podróży. Na pewno nie zaszkodziło i chwała rodzinie za podjęte wyzwanie, ale na trwałe zmiany nie ma co liczyć. Z książki wynika, że Rowan został zdiagnozowany w wieku 3 lat. Podróż odbył mając niespełna 6. Ojciec twierdzi, że w czasie pomiędzy (niecałe 3 lata) przetestowali na dziecku wiele rodzajów terapii, w tym behawioralną. Tę ostatnią, jako stawiającą zbyt duże wymagania przed rodzicami odrzucili. No właśnie...
Książkę warto przeczytać, aby poznać sposób rozumowania ojca dziecka z autyzmem, zastanowić się i ... podziękować Bogu. 
Szacunek panie Rupert! Trzymaj się!

Ocena: - 4

(Wydawnictwo Nasza Księgarnia - Warszawa 2010; stron: 383)

czwartek, 26 marca 2020

Olga Tokarczuk "Bieguni"

Mama kłopot. Kłopot polega na tym, że moje spostrzeżenia, wrażenia z lektury niniejszej książki, są zgoła inne od tych "zajawionych" na okładce. W innym przypadku pewnie bym się nie przejmował, bo przecież każdemu wolno samemu odczytywać "co autor miał na myśli", ale to przecież nasza najświeższa noblistka, wszyscy ją czytają i komentują..., a ja...? Może nie rozumiem, głupi jakiś jestem? Pal sześć! Dla mnie to książka o życiu, o tym, że wszyscy na tym padole jesteśmy pielgrzymami, wszyscy dokądś zmierzamy, dążymy (a więc jesteśmy w ruchu) do czegoś, albo uciekamy, kryjemy się (a więc jesteśmy w ruchu) od czegoś. To nie była łatwa i oczywista lektura, ale mnie zaintrygowała. Na zakończenie przygód Kunickiego czekałem do końca. Wciągały historyczne wtręty, jakby artystyczne opisy starych obrazów. Zaciekawił mnie mechanizm podróżowania. Porty lotnicze jako autonomiczne miasta- systemy. Osobiście, ilekroć lecę samolotem, czuję się jak cielak prowadzony przez układ nowoczesnych urządzeń, zupełnie nieporadny i pozbawiony możliwości decyzyjnych. Podobały mi się wątki autobiograficzne, które ... być może wcale nimi nie są. I choć nie do końca zgadzam się ze zdaniem, że "Bohaterami tej książki są nomadzi i koczownicy (...)" jak napisała Marta Cuber na łamach "Polityki", to uważam, że każdy kto lubi podróżować powinien "Biegunów" przeczytać.
Niepokoił mnie również wątek dawnych anatomów/ preparatorów. Nie do końca wiedziałem jak go wpasować w całość.Dlatego wdzięczny jestem autorce za zdanie z przedostatniej strony powieści" "Będziemy się zapisywać, to najbezpieczniejszy sposób komunikacji, będziemy się wzajemnie zamieniać na litery i inicjały i uwieczniać na kartkach papieru, będziemy się PLASTYNOWAĆ, zatapiać w FORMALINIE zdań."
Nieczęsto można trafić na książkę, która zmusza do myślenia. Ta taka jest. I chyba właśnie za umiejętność pobudzenia wielu umysłów dostaje się nagrody.

Ocena: 5

(Wydawnictwo Literackie; Kraków 2019; stron: 451)

środa, 25 marca 2020

Wiesław Myśliwski "Ucho igielne"

O jak bardzo podobają mi się takie książki! Takie nieoczywiste autobiografie. Mądre, głębokie. Dawniej, właśnie dlatego, szanowało się i słuchało (!) starszych ludzi. Seniorzy z perspektywy przeżytych dziesięcioleci mają to wyważone, pozbawione zbędnych emocji podejście do rzeczywistości. Opis przemijania i sztafety pokoleń, znane przecież autorowi z autopsji, zostały mistrzowsko przedstawione przez Myśliwskiego, który przecież wie, że znajduje się na ostatniej zmianie. Książka wymusza wręcz refleksję, każe przystanąć, zadać sobie pytanie: Na którym okrążeniu jestem i jaki jeszcze dystans przede mną? Niejako mimochodem, ale dokładnie, poznajemy przemijający i pełen zmian przełom wieków XX i XXI.
Nie wiem czy przy okazji, czy z pełną premedytacją postawił Wiesław Myśliwski wspaniały pomnik swoim rodzicom i pierwszej, pięknej, niespełnionej miłości.
Takie skromne resume zaznaczyłem sobie na 419 stronie:
"Ogarnęły mnie wątpliwości ... (...) I w ogóle czy człowiek jest w stanie zachować jedność ze sobą aż do starości? Nie do uwierzenia wydają się wspomnienia na starość, zwłaszcza z dzieciństwa, młodości, jakkolwiek sam nie jestem wolny od takich wspomnień, w które nie wiem dlaczego, wierzę. Co się kryje za tym, że jesteśmy tak nierozerwalnie przywiązani do czegoś, co nie wiadomo, czy było, lub czego nam życie poskąpiło, a z czego mimo to, stworzyliśmy odniesienie do naszej tęsknoty. Do czego w takim razie tęsknimy?"

Prawda, że mądre i piękne? Polecam!

Ocena: 5

(Wydawnictwo ZNAK; Kraków 2018; stron: 424)