sobota, 4 sierpnia 2018

Marcin Wicha "Rzeczy, których nie wyrzuciłem"

Dzieło: Lydia Flem "Jak likwidowałam dom moich rodziców" Warszawa 2005, to jedna z książek, która pozostała Marcinowi Wisze po ... śmierci matki. Choć nie znam tej pozycji, już sam tytuł mówi, że mogła być ona inspiracją dla autora opisywanej książki.
Jak? Po co? Makabryczny poradnik!? - ciśnie się na usta. Lecz po krótkiej refleksji, zastanowieniu, człowiek zdaje sobie sprawę, że prędzej, czy później to go czeka. Kiedyś będzie to wszystko przeglądał, pakował, wyrzucał... Dla mnie praca pana Wichy jest wzruszająco piękna. On to już zrobił... ze smutkiem, zastanowieniem. Dokonał wspaniałej, bez taniego sentymentalizmu, prezentacji życia swojej mamy. Pożegnał JĄ.
Moja mama (niech żyje sto lat!), wręczyła mi tę pozycję tuż przed wakacjami, wraz z komunikatem - "przeczytaj". Wypowiedziała to w ten sposób, że nawet nie zaglądając do środka, wiedziałem, że muszę. Jestem jej wdzięczny. Swoiste "Memento Mori". Przy okazji warto też zastanowić się nad sobą. Własną spuścizną.

Ocena: 5

(Wydawnictwo Karakter, Kraków 2017; stron 183)

poniedziałek, 30 lipca 2018

Jessie Burton "Miniaturzystka"


"Miniaturzystka", debiutancka powieść angielskiej autorki, Jessie Burton, trafiła w moje ręce trochę przez przypadek, zdecydowanie jednak nie żałuję chwil, które z nią spędziłam. Opowiada ona o losach młodej dziewczyny, która przybywa do wielkiego miasta jako świeżo poślubiona żona wielkiego kupca, którego praktycznie nie zna. Jej naiwne wyobrażenia o małżeństwie boleśnie zderzają się z brutalną rzeczywistością, w której przychodzi jej żyć. W tym nieprzyjaznym i wrogo nastawionym świecie, w którym kobieta nie ma praktycznie nic do powiedzenia, jedynym jasnym punktem zdaje się być postać miniaturzystki, która na zamówienie Nelli, bo tak ma na imię główna bohaterka, tworzy wyposażenie do podarowanego jej przez męża domku dla lalek. Typowo biznesowa, jak się na początku wydaje, znajomość, z czasem okazuje się coraz bardziej wpływać na życie młodej żony. Czy to jednak faktycznie tajemne moce, które posiada rzemieślniczka, warunkują życie dziewczyny? Czy miniaturzystka to przyjaciółka czy wróg? Stawiając sobie te pytania stajemy się jednocześnie świadkami przemiany, jaka staje się udziałem bohaterki. Z naiwnej dziewczynki staje się ona bowiem pewną siebie kobietą, która znajduje w sobie siłę do poradzenia sobie z wszystkimi tragediami, które szykuje dla niej los. A wszystko to na tle XVII- wiecznego Amsterdamu, gdzie losami ludzkimi rządzi pieniądz i chęć zysku, a wszechobecna obłuda nie oszczędza nikogo, byle tylko zachować pozory społecznego ładu i porządku.     
Na koniec zaś smaczek dla tych, którzy po lekturze książki będą mieli okazję odwiedzić Asterdam- w tamtejszym Rijksmuseum można faktycznie zobaczyć dom dla lalek, której właścicielką była Petronella Oortman. Przypadek, magia... a może efekt działania miniaturzystki....?

Ocena: 5

Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, stron 462) 

niedziela, 20 maja 2018

Krzysztof Varga "Sonnenberg"

Książką jestem zachwycony, ale niczego, co z niej zaczerpnąłem, ani niczego, co o niej myślę, nie jestem pewien. To książka trudna, pełna detali, dzieło erudyty i malkontenta. Piszącego głównie o sobie? O nas? O mnie na pewno, niestety. Wiem, że autor w połowie z "pusztańskich stepów" się wywodzi, ale znajomość Budapesztu, jego smaczków, wad i zalet - jest zaskakująca. W ogóle znajomość węgierskiego życia, łącznie z prasą, sportem i dumną wiedzą na temat światowej sławy madziarskich gwiazd porno, robi wrażenie. Zresztą "Polak - Węgier dwa bratanki...", chyba nieprzypadkowo odnalazłem tu podobieństwa, w prześmiewczo (a jakże!) ukazanej dumie narodowej i pseudo patriotyzmie. Dla mnie jedno nie ulega wątpliwości: Krzysztof Varga jest PISARZEM, nie rzemieślnikiem, ani producentem, co wywodzę z poniższego cytatu:
"Nie mam najmniejszych pretensji do ludzi mieniących się pisarzami, którzy nie są nawet porządnymi rzemieślnikami, bo rzemieślnik to piękny zawód z wielką tradycją i ja bardzo cenię starych prawdziwych rzemieślników, szewców, krawców, zegarmistrzów. Nie mam pretensji do ludzi, którzy są zwykłymi producentami. Nie mam do nich pretensji, że sprzedają w wielkiej masie swoje nic niewarte popłuczyny po niczym i zarabiają na tym wielkie pieniądze, ponieważ robią to bez stosowania przemocy i łamania prawa, a więc uczciwie. Ja mam pretensje do tych wszystkich, których powinnością jest bronić kultury i cywilizacji przed tandetą, a którzy otworzyli na oścież bramy zamku i wpuścili najeźdźców, rozwijając na dodatek przed ich utytłanymi w błocie i gnoju butami czerwone dywany. Mam pretensje do tych, którzy nazywali siebie orędownikami dobrej literatury, a płaszczyli się przed producentami pulpy, paździerz i trocin, tłumacząc, że nie wolno pogardzać gustami ludu. Lud bowiem ma swoje gusta i potrzeby, które należy zrozumieć i uszanować, a jeśli lud czyta jakiekolwiek książki, to należy go pochwalić, że w ogóle cokolwiek czyta, przecież lepsze jest byle co niż nic. A ja myślę, że lepsze jest nic niż byle co."

Ocena: 6

(Wydawnictwo Czarne Wołowiec 2018, stron 479)

poniedziałek, 7 maja 2018

Trevor Noah "Nielegalny - moje dzieciństwo w RPA"

Swego czasu zachwycałem się książką Pauliny Wilk "Znaki szczególne". Trevor Noah - rocznik 1984 - daje świadectwo temu, że nie tylko MY mieliśmy przechlapane. Chodzi oczywiście o ustroje polityczne, w których przyszło dorastać młodzieży w RPA i PRL. Pewnie, że nie można ich porównywać, zestawiać. Jedno jest pewne - oba były pełne absurdów. Warto dowiedzieć się, jak pod koniec dwudziestego wieku, syn białego Szwajcara i czarnej Afrykanki z plemienia Khosa wychowywał się jako obywatel "trzeciego sortu", że sparafrazuję klasyka. Warto tym bardziej, że Trevor pisze lekko, z dowcipem, bez kombatanckiego zadęcia, jak przystało na gwiazdę "The Daily Show".
"Nielegalny" nie jest literackim arcydziełem. Tutaj pani Wilk wygrywa w cuglach, ale poznawczo, to pozycja warta zainteresowania. Cóż wiemy o RPA i ówczesnym rasizmie?
Nieczęsto też zdarza się możność przeczytania tak pięknego podziękowania, hołdu, złożonego matce. I myślę, że to był główny zamysł autora. Wszystko inne wyszło przy okazji.
Za marketing skuteczny i trafiony dziękuję panu Marcinowi Mellerowi.

Ocena: 5

(Wydawnictwo WAB, Warszawa 2018, stron 332)

czwartek, 5 kwietnia 2018

Marek Krajewski "Mock. Ludzkie Zoo"

Pana Eberharda Mock'a poznałem w 2008 roku. Wspólnie penetrowaliśmy Breslau, po którym krążyły "Widma", panowała "Dżuma", wreszcie miał nastąpić "Koniec świata". Zbyt wiele z tych zagadkowych peregrynacji nie pamiętam. To u mnie norma po lekturze kryminałów. Jednak ... Jednak Eberharda polubiłem. Brutal z wykształceniem klasycznym, pachnący i modny, a jednocześnie miłośnik piwa i golonki oraz burdeli wszelakich. Mock ciekawie prezentuje przedwojenny, niemiecki Wrocław. Seria z jego udziałem jest przyjemnie klimatyczna. A co do treści "Ludzkiego Zoo"? Sza! Przecież to kryminał.

Ocena: 5

(Wydawnictwo ZNAK Kraków 2017, stron 395)

poniedziałek, 19 marca 2018

Hanya Yanagihara "Małe życie"


Na "Małe życie" czaiłam się już od dawna, jednak przez długi czas zdecydowanie nie było nam po drodze. W bibliotekach zawsze były do niej kolejki a chyba nie zależało mi ąż tak bardzo, aby zdecydować się na kupno. W końcu jednak doczekałam się, przeczytałam i.... mam bardzo mieszane odczucia. Na pewno nie jest to dla mnie takie arcydzieło, za jakie niektórzy uważają książkę Yanagihary. Z "technicznej" strony nie mam jej nic do zarzucenia. Czytało się ją naprawdę dobrze, narracja nie męczyła i nawet z ciekawością czekałam na rozwój losów bohaterów. Po przerzuceniu ostatniej strony jednak, w głowie zostało mi jedno wielkie WHAT? Nie jestem specjalistą od wiktymologii, ale "umiejętność" głównego bohatera do przyciągania do siebie sadystów i ogrom okropności, jakie spotykają jedną tylko osobę, jest dla mnie aż nierzeczywista. Chęć samounicestwienia zaś, mimo wszystkich dobrych rzeczy, jakie w końcu mu się przytrafiają i kochających ludzi, którzy go otaczają, zbyt melodramatyczna. Dlatego też, mimo iż czas spędzony z lekturą na pewno nie był stracony, rozczarowujący jest dla mnie fakt, iż pierwsze, co pomyślałam po skończeniu książki to "i po o on tak długo się męczył?" Pytanie to, niestety, towarzyszy mi do tej pory, i jest dla mnie kluczowe, jeśli chodzi o recenzję te pozycji. Trochę szkoda....

Ocena: 4

(Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2016, stron 814)

niedziela, 18 marca 2018

Wojciech Jagielski "Na wschód od zachodu"

Opowieść o prawdziwych hipisach. 
Szczerze ..., dopiero z tej książki dowiedziałem się, że tacy istnieli (istnieją?). Prawdziwi, czyli tacy, którzy wyzbyli się własności, głosili miłość i ruszyli w pieszą wędrówkę na wschód ... do Indii, aby odnaleźć siebie i uwolnić się od stereotypów zachodniej cywilizacji. Wytrwali nieliczni. W dziele pana Jagielskiego poznajemy Świętego (rocznik 1945), który wyruszył z Holandii w dobie Lata Miłości i Kamal (rocznik ok. 1973). która, opuściła Warszawę na początku lat dziewięćdziesiątych. Żadne racjonalne przesłanki nie zmuszały ich do takiego kroku. Chociaż paradoksalnie to właśnie owa racjonalność i przewidywalność życia w dobrobycie pchnęła ich do podjęcia takiej decyzji. Dwa różne pokolenia, dwa różne systemy państw, w których się wychowali, właściwie dwa różne światy, a mimo to, wybrali ten trzeci... w ich mniemaniu prawdziwy. Oboje byli konsekwentni w swoim wyborze. Kto był bardziej ortodoksyjny? Kto wygrał, a kto stracił? I czy w rezultacie faktycznie nie wylądowali tylko na wschód od zachodu? Dla mnie to smutna i pouczająca opowieść. Czy po raz kolejny rewolucja pożarła własne dzieci? ... Dzieci Kwiaty... Sami oceńcie. 

Ocena: 5

(Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2018, stron 313)