Nieczęsto robię takie zestawienia, ale w tym przypadku, aż mnie korci. Nieoczekiwanie zacznę od Remigiusza Mroza, po którego "dzieło" sięgnąłem tuż po "Pociągach...". Lata temu, po przeczytaniu "Behawiorysty" dałem sobie słowo, że nigdy więcej nie sięgnę po książkę najpłodniejszego polskiego pisarza wszechczasów. Złamałem słowo... Tuż przed pisemną maturą z języka polskiego, zgarnąłem "Listy zza grobu" z licealnej "crossbooking'owej" półki, a że zacząłem, to i skończyłem. Nie chcę się za bardzo znęcać, ale przyszło mi do głowy skojarzenie półtoralitrową COLĄ z "Biedry". Tania, duża objętość, szkodzi zdrowiu, po każdym łyku chce się pić jeszcze więcej, a na końcu się odbija (beka). Tyle mniej więcej wartości daje ta lektura. Tymczasem ... Hrabal jest jak prawdziwe włoskie espresso doppio. Kilka drobnych łyczków, intensywna esencja na długo po wypiciu wyczuwalna w ustach. Szlachetny smak i kop energetyczny pobudzający szare komórki. Rarytas. W Hrabalu jestem zakochany. Wiem, nie ja jeden. Zmysł obserwacyjny, prostota, ale zarazem głębia przekazu i ponadczasowość. Tutaj nie ma zbędnych słów, a każde z osobna ma znaczenie. Sto dwadzieścia pięć stron, na których kłębią się młodzieńcze emocje, miłość i śmierć, postawy wobec ojczyzny i erotyzm. To jest sztuka panie M.!
|
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz